Książki nowości

Bez nadęcia o istocie codzienności

Baczny obserwator

Paweł Sołtys, po świetnie przyjętej książce „Mikrotyki” prezentuje nam zbiór opowiadań, dotyczący kondycji współczesnego społeczeństwa. Nieradość jest bezsprzecznie nasza, polska, a tematy w niej zawarte, choć nieodkrywcze, składają się na obraz nas wszystkich. Gonimy za czymś, najczęściej za szczęściem, które ma też oblicze pieniądza, staramy się odczuwać, ale nie zawsze mamy czas i siłę, by czuć. Książka bardzo umiejętnie potrafi trzymać czytelnika we wzruszeniu, ale nie ckliwości, w rozbudowanych formach, ale nie grafomanii. Jak przyznaje sam autor to ogromna zasługa redaktora publikacji. To bardzo istotny głos, który oddaje należytą uwagę na pracę zawodowców, od których zależy ostateczny kształt wszystkiego, co czytamy. Oddanie głosu lub zwrócenie uwagi na tę najważniejszą rolę w powstawaniu książki zasługuje na osobne uznanie.

Autor zaglądając w zakamarki miasta jest w stanie zajrzeć też w głąb samego siebie, a nawet przewidzieć odczucia czytającego. W swoim zbiorze opowiadań płynie, z krótkiej formy w dłuższą, często zostawiając teksty bez puenty, z niedopowiedzeniami. Przechodzi przez przekroje społeczne, dalej zauważalne podziały i poświęca czas każdej z grup wiekowych – od zakochanych nastolatków do chorujących starych ludzi. Jest wszędzie, gdzie czuje się potrzebny, ale kilka sytuacji znajduje go przez przypadek. Jak w życiu.

 

Silna inspiracja Białoszewskim

Warszawa, w której osadzone są wątki, przypomina pędzący futurystyczny frykas, za którego wszyscy chcą się pociąć. Będąc w niej odczuwa się jej tempo, dostosowuje swoje, przez co nikt nie zwalnia, a wszyscy pędzą. Refleksja jest gdzieś z boku, dzieje się samoistnie, unosi się w kłębach smogu, osiada na zarośniętych alejkach, czy w kątach opuszczonych domów. Niejednoznaczność bohaterów oznacza też niejednorodność społeczeństwa, które stara się okazywać empatię, ale nie unika wywyższania, chce pokazać uczucia, ale nie stroni od egoizmu.

Bardzo dużo miejsca w książce zajmuje refleksja autora nad samym sobą, przemijaniem, starzeniem się, częstym brakiem sił. Czuje się tak samo zniszczony fizycznie jak osoby w szpitalach (to też zupełnie inna kwestia jak się ich tam traktuje), a jednocześnie potrafi kochać i wyzywać na pojedynek jak młody człowiek z trzepoczącym sercem. Emocje, które nie starzeją się w zawadzającym ciele, stają się katalizatorem egzystencji, która mimo powszechnego i częstego stanu nie-radości potrafi być piękna. Czytelnik wyniesie z pewnością z lektury wiele wzruszeń, ale też utwierdzi się w przekonaniu, że większość z nas radzi sobie z problemami i codziennością w podobny sposób. Sam musi tylko wywnioskować, czy to dobrze.